
Komentarz doktrynalny
O duchu prawa przeciwko literze prawa
23.06.26
Komentarz doktrynalny
„...konieczność nie zna prawa”. – św. Tomasz z Akwinu.
W naszych czasach istnieje niebezpieczeństwo, że katolicy zapomną o duchu prawa i będą nadmiernie ściśle przestrzegać jego litery, przez co grozi im zdrada nie tylko rozwiązania obecnego kryzysu, ale i fundamentalnej zasady, na której opiera się Kościół.
To, że duch prawa może i powinien mieć pierwszeństwo przed jego literą, nie jest ani nową, ani wyjątkową ideą, lecz zasadą definiującą naszą wiarę i nieodłączną częścią samej natury prawa. Jeśli katolicy o tym zapomną, grozi nam dezorientacja i rozbrojenie w obliczu kryzysu. Zaiste, utrzymujemy, że znaczna część obecnego kryzysu i związanych z nim trudności wynika z niezrozumienia różnic między duchem a literą prawa.
Aby w pełni omówić tę argumentację, podzielimy ten tekst na dwie części. W pierwszej zobaczymy, jak duch prawa i moralna zasada słuszności były podkreślane przez Kościół na przestrzeni wieków, od Chrystusa Pana po Prawo Kanoniczne. W drugiej części odniesiemy te rozważania do obecnego kryzysu. Krótko mówiąc, ścisłe przestrzeganie litery prawa pozostawia nas w stanie paraliżu lub absurdu, podczas gdy wierność duchowi wskazuje nam jasną i prostą drogę naprzód.
Część 1: Nauczanie Kościoła
A gdy odszedł stamtąd, przyszedł do ich synagogi. A oto człowiek mający uschłą rękę; i pytali go, mówiąc: Czy godzi się w szabaty uzdrawiać, aby go oskarżyli. On zaś rzekł im: Który z was człowiek, jeśliby miał owcę jedną, a ona wpadłaby w dół w szabat, czyż jej nie weźmie i nie podniesie? O ileż więcej wart jest człowiek niż owca? Przeto godzi się w szabaty dobrze czynić. Wtedy rzekł człowiekowi: Wyciągnij rękę twoją. I wyciągnął, i przywrócona jest do zdrowia jako druga.” Mat 12, 9-13
---
„Biada wam, doktorowie i faryzeusze obłudnicy, gdyż dajecie dziesięcinę z mięty i z anyżu i z kminku, a opuściliście to, co ważniejsze jest w Zakonie: sąd i miłosierdzie i wiarę. To trzeba było czynić, a tamtego nie opuszczać. Wodzowie ślepi, którzy przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda.” Mat 23, 23-24
---
Żadna grupa nie została potępiona przez Naszego Pana bardziej stanowczo niż uczeni w Piśmie i faryzeusze, a widzimy, że potępia ich szczególnie za jeden konkretny, poważny błąd: zbyt ścisłe przestrzeganie szczegółów prawa; litery prawa, bez znajomości jego ducha. Nasz Pan wyraźnie widział to jako punkt podziału między ich religią a religią Boga, i skoro tak bardzo zależało Mu na poznaniu ducha prawa i trzymaniu się jego ponad literą, a skoro to odróżniało Jego naukę od nauk żydowskich nauczycieli Jego czasów, musimy zatem stwierdzić, że wierność duchowi prawa jest definiującą, fundamentalną cechą naszej wiary.
Od czasów Naszego Pana Kościół miał dwa tysiące lat na rozwinięcie głębokiego i złożonego systemu prawnego. Choć nikt nie zaprzeczy, że system ten służy ważnemu celowi (mianowicie utrzymaniu porządku), rozwój tego coraz bardziej złożonego systemu niesie ze sobą niebezpieczeństwo legalizmu. Jednakże Kościół w swojej mądrości zawsze ostrzegał przed tym legalistycznym nawykiem i zapewniał zarówno nauki moralne, jak i prawne, aby strzec ducha prawa.
Zacznijmy od św. Augustyna. W swoim dziele O duchu i literze cytuje on słowa św. Pawła: „Litera zabija, a duch ożywia” (2 Kor 3, 6). Święty Augustyn przedstawia obszerny traktat o tym, jak zbyt rygorystyczna interpretacja Biblii (w tym Dekalogu) może wypaczyć i zniekształcić naszą moralność. Na przykład:
„Gdyby, przykładowo, człowiek przyjął dosłownie i cieleśnie większość tego, co napisano w Pieśni nad Pieśniami, nie służyłby on owocowi świetlistej miłości, lecz uczuciu lubieżnego pragnienia”. [1]
Święty Augustyn mówi o tym znacznie więcej. Tak więc od początków dziejów Kościoła obserwujemy długie napomnienie o tendencji legalistycznej, o literze prawa. Nie odnosi się to jednak jeszcze do kwestii, które moglibyśmy określić jako ściśle „prawne” (takich jak kościelne prawa administracyjne), lecz do prawa moralnego i Pisma Świętego. Zaiste, jeśli to niebezpieczeństwo dotyczy prawa moralnego, które z natury jest absolutne, to o ileż bardziej ścisłe przestrzeganie litery prawa stanowi zagrożenie w przypadku praw administracyjnych i kościelnych, które z natury rzeczy podlegają zmianom…
Możemy teraz zwrócić się do świętego Akwinaty, który wiele pisał o prawie kościelnym, jego naturze i zasadach cnotliwego przestrzegania go, a mianowicie o zasadzie i cnocie epikei (słuszności).
„Do „epikei” należy moderowanie czegoś, mianowicie przestrzeganie litery prawa”. [2]
Warto zauważyć, że epikeia może być postrzegana jako metaprawo. Chociaż celem prawa jest przekazywanie sprawiedliwości, epikeia jest zasadą sprawiedliwości zastosowaną do prawa samego w sobie. Moderuje prawo, umieszczając je na właściwym miejscu, ale nie da się jej ograniczyć do zbioru praw spisanych. Jak pisze św. Akwinata:
„Epikeia właściwie odpowiada sprawiedliwości prawnej i z jednej strony mieści się pod nią, a z drugiej ją przewyższa. Jeśli bowiem sprawiedliwość prawna oznacza to, co jest zgodne z prawem, czy to w odniesieniu do litery prawa, czy też w odniesieniu do intencji prawodawcy, która jest ważniejsza, to „epikeia” jest ważniejszą częścią sprawiedliwości prawnej”. [3]
Dlatego też, gdy św. Tomasz mówi o tej cnocie, wzywa katolików do uznania, że istnieje duch moralny, który nie ogranicza się do prawa pisanego, i że powinniśmy praktykować tę cnotę w obliczu potencjalnych braków w prawie:
„...jeśli prawo pisane zawiera coś sprzecznego z prawem naturalnym, to jest ono niesprawiedliwe i nie ma mocy wiążącej. Prawo pozytywne nie ma bowiem miejsca tam, gdzie „nie ma znaczenia”, zgodnie z prawem naturalnym, „czy coś zostanie zrobione w taki czy inny sposób”; jak wspomniano powyżej (II-II:57:2 ad 2). Dlatego takie dokumenty należy nazywać nie prawami, lecz raczej wypaczeniem prawa…
Podobnie jak niesprawiedliwe prawa są ze swej natury zawsze lub w większości przypadków sprzeczne z prawem naturalnym, tak też prawa słusznie ustanowione w niektórych przypadkach zawodzą, jeżeli, gdyby były przestrzegane, byłyby sprzeczne z prawem naturalnym.” [4]
Widzimy zatem, że prawo jest wadliwe, gdy sprzeciwia się prawu naturalnemu, dobru wspólnemu (i szerzej, wspólnej misji Kościoła). Czytając dalej:
„…każde prawo ma na celu dobro ogółu ludzi i odpowiednio czerpie swoją moc i naturę prawa… Często zdarza się, że przestrzeganie jakiegoś punktu prawa sprzyja dobru ogółu w większości przypadków, a jednak w niektórych przypadkach jest bardzo szkodliwe. Ponieważ prawodawca nie może mieć na uwadze każdego przypadku, kształtuje prawo zgodnie z tym, co zdarza się najczęściej, kierując swoją uwagę na dobro ogółu”. [5]
Nauka św. Tomasza jest jasna: prawo musi służyć swojemu celowi. Nawet najsprawiedliwszy z ludzkich prawodawców nie jest w stanie przewidzieć ani określić wszystkich możliwych okoliczności. Mamy zatem moralne uprawnienie, jeśli nie moralny obowiązek, wyjść poza literę prawa, jeśli znajdziemy się w potrzasku. Nie jest to sprzeciwem wobec prawa ani prawodawcy, lecz wiernością wobec niego, gdyż z moralną cnotą słuszności jasno wynika, że prawo głosiłoby co innego, gdyby było ożywiane żywym duchem moralnym.
Nauki św. Tomasza nie ograniczały się do jego dzieł ani do jego teologii moralnej. Znalazły one odzwierciedlenie w zasadach prawa kanonicznego, co dodatkowo potwierdza fakt, że zasady te są nieodłącznie związane z nauką i myślą Kościoła.
Jak napisał profesor Bernard Roland-Gosselin:
„Prawo legalne lub konwencjonalne nigdy nie może przeważyć nad prawem naturalnym, niepisanym, precedensowym czy prawem pierwotnym… To właśnie dzięki temu prawu rozpoznajemy, co powinniśmy, a czego nie powinniśmy czynić, i uzupełniamy lub korygujemy legalność, poprzez wprowadzenie słuszności. Ona jest uniwersalną zasadą, która jednoczy różnorodność ludzkich działań. Choć prawa pisane ulegają zmianom, pozostaje ona niezmienna. Ona jest uniwersalną zasadą, która jednoczy różnorodność ludzkich działań. Choć prawa pisane ulegają zmianom, ona pozostaje niezmienna, ponieważ jest zgodne z naturą. Nic nie może jej wypaczyć, ani oszustwo, ani przemoc”. [6]
„Mogą jednak istnieć przypadki, w których dosłowne zastosowanie sprawiedliwego prawa byłoby niesprawiedliwością. Summum jus, summa injuria. W takich przypadkach nie należy sądzić według litery prawa, lecz według zasady słuszności, która nie pozwala, by zasady ustanowione w interesie ludzi były interpretowane surowo i na ich niekorzyść.” [7]
Natenczas możemy zauważyć, że zasada słuszności (epikeia) jest tym, co utrzymuje wyższość ducha prawa nad jego literą.
W bezpośrednim nawiązaniu do prawa kanonicznego, były profesor prawa kanonicznego arcybiskup Cicognani napisał:
„Wymieniliśmy pewne przypadki, w których należy stosować tę ars boni et aequi (słuszność). Często jednak mówimy o słuszności jedynie w odniesieniu do praw stanowionych. Prawodawca ludzki nigdy nie jest w stanie przewidzieć wszystkich indywidualnych przypadków, w których prawo zostanie zastosowane. W konsekwencji prawo, choć generalnie sprawiedliwe, może, rozumiane dosłownie, prowadzić w pewnych nieprzewidzianych przypadkach do rezultatów, które nie są zgodne ani z intencją prawodawcy, ani z naturalną sprawiedliwością, lecz wręcz je naruszają. W takich przypadkach prawo musi być interpretowane nie zgodnie z jego brzmieniem, lecz zgodnie z intencją prawodawcy i ogólnymi zasadami naturalnej sprawiedliwości…” [8]
Widzimy zatem, że zasady prawa kanonicznego idealnie pokrywają się z nauką św. Tomasza z Akwinu: cnota zasad prawa (słuszność) wykracza poza pisaną literę prawa, ale stosując zasadę słuszności, możemy słusznie przestrzegać sprawiedliwości i być bardziej, a nie mniej praworządni. Mamy tu oczywiście na myśli sytuacje, w których ścisłe przestrzeganie litery prawa byłoby szkodliwe, i w takim przypadku katolicy muszą znaleźć sposób postępowania, aby uniknąć szkody. Prawo kanoniczne odnosi się bezpośrednio do takich sytuacji i, jak zobaczymy, zasady i zastosowania są zgodne ze wszystkim, co do tej pory omówiliśmy:
Kanon 20:
„Jeśli w danej sprawie brakuje wyraźnego przepisu prawa, czy to ogólnego, czy szczegółowego, to reguły należy domyślać się – o ile nie chodzi o zastosowanie kary – z przepisów ustanowionych w podobnych przypadkach; [następnie] z ogólnych zasad prawa przestrzeganych z kanoniczną słusznością; [następnie] ze stylu i praktyki Kurii Rzymskiej; [wreszcie] ze wspólnych i stałych opinii doktorów”. [9]
Kanon 18:
„Prawa kościelne należy rozumieć zgodnie ze znaczeniem ich własnych słów, rozważanych w ich tekście i kontekście; jeśli chodzi o kwestie, które pozostają niejasne lub budzą wątpliwości, należy odwołać się do paralelnych postanowień Kodeksu, jeśli takowe istnieją, do celów i okoliczności prawa oraz do myśli prawodawcy”. [10]
W swoim komentarzu do Kodeksu Prawa Kanonicznego o. Augustine pisze:
Kanon 18:
„Obiekt lub cel prawa należy rozpatrywać w ten sposób, aby wykładnia rzeczywiście wpływała na jego zakres, stąd zasada: „Certum est, quod is committit in legem, qui legis verba complectens, contra legis nititur voluntatem [Jest rzeczą pewną, że narusza prawo ten, kto, trzymając się słów prawa, działa wbrew jego intencji].” [11]
Kanon 20:
„...Oczywiste jest, że prawodawca nie jest w stanie domyślić się ani przewidzieć wszystkich przypadków, które mogą pojawić się w praktyce w związku z jego prawem. Stąd zawsze coś pozostaje w gestii prywatnego osądu. Istnieją cztery źródła, z których prywatny osąd może czerpać pomoc w rozstrzyganiu wyjątkowych przypadków…
(…)
Drugim sposobem rozstrzygania spraw jest odwołanie się do ogólnych zasad prawa opartych na słuszności prawa kanonicznego. To, że słuszność jest środkiem praktycznej interpretacji i zastosowania, jest oczywiste, ponieważ rozum podpowiada, że jeśli prawo jest wadliwe w danym przypadku, powinno być stosowane zgodnie z zasadami prawa, a nawet z ludzkim uczuciem.” [12]
Niektórym może wydawać się zdumiewające, że profesor prawa kanonicznego może nas zachęcać do podejścia do tego z „ludzkim uczuciem”, ale widzimy tu ponowne sformułowanie duchowego aspektu zagadnienia. Oczywiście, nie oznacza to jedynie ślepego, czysto emocjonalnego uczucia, lecz ludzkiego (w przeciwieństwie do mechanicznego) rozeznania sytuacji opartego na prawomyślnym rozsądku. Wszakże, jeśli litera sama w sobie jest martwa (jak maszyny są martwe), to właśnie duch ludzki, z łaski Bożej, przywraca życie.
Pokażemy teraz, jak istotne są te rozważania w naszej obecnej sytuacji, ponieważ uważamy, że znaczna liczba współczesnych katolików zbyt ściśle przestrzega litery prawa, co w ostatecznym rozrachunku jest sprzeczne ze wspólnym dobrem i misją Kościoła.
Część 2: Obecny kryzys
Obecnie przestrzeganie litery prawa utrudnia realizację misji Kościoła na wiele sposobów. Na razie omówimy tylko dwa najważniejsze.
a. Rozpoznanie fałszywego Kościoła takim, jakim jest:
Pierwszy dotyczy rozpoznania natury samego kryzysu. Po Soborze Watykańskim II organizacja (która określa się mianem katolickiej) wyznaje wiarę niekatolicką. Jej członkowie są zjednoczeni w publicznym wyznawaniu tych niekatolickich doktryn i, pomimo krytyki, wyznając je już przez dziesięciolecia, w widoczny sposób wcielają je w życie. Z jednej strony Kościół pozwala nam wnioskować, że stanowi to sektę; nowy, niekatolicki kościół:
„Zgodnie z nauką Kościoła katolickiego [sektą jest] każda [grupa] chrześcijan, którzy, połączeni razem, odmawiają przyjęcia całej doktryny”. [13]
Z drugiej jednak strony, czytając prawo katolickie, niektórzy twierdzą, że nie możemy stwierdzić, czy jest to nowa, niekatolicka sekta, ponieważ nie została prawnie uznana za taką. Po pierwsze, nie istnieje prawo, które wyraźnie stanowiłoby, że taka deklaracja jest wymagana. Po drugie, Novus Ordo spełnia definicję sekty. Po trzecie, nawet gdyby takie prawo istniało, nie mamy żadnych autorytetów, do których moglibyśmy się odwołać, aby udowodnić tę domniemaną konieczność prawną. Stąd jest to upieranie się przy legalistycznym potrzasku; tak, jak gdyby prawo musiało być przestrzegane dla samego prawa, nawet jeśli konkretne prawo nie istnieje.
W odpowiedzi stwierdzamy, że zgodnie z duchem prawa możemy definitywnie stwierdzić, że Kościół Soboru Watykańskiego II/„Novus Ordo” jest po prostu niekatolicką sektą, a nie Kościołem katolickim. Znamy jedynie widoczne fakty i wyciągamy taki wniosek na podłożu podstawowych nakazów prawa Bożego: że Kościół katolicki jest nierozerwalnie związany z religią katolicką; że bycie katolikiem oznacza wyznawanie wiary katolickiej; że bycie widzialnym członkiem Kościoła oznacza publiczne wyznawanie tej wiary katolickiej, jak to ujął papież Leon XIII:
„Praktyka Kościoła zawsze była taka sama, o czym świadczy jednomyślne nauczanie Ojców, którzy zwykli uważać za obcego Kościołowi i wykluczającego się ze wspólnoty katolickiej każdego, kto w najmniejszym stopniu odstąpiłby od jakiegokolwiek punktu doktryny przedstawionej przez autorytatywne Magisterium Kościoła.” [14]
Ten wniosek wystarczy, aby dostrzec istotę obecnego kryzysu. Głównym powodem, dla którego wielu tradycjonalistów wyznaje poglądy, które ostatecznie są nie do utrzymania, jest to, że próbują odrzucić te niekatolickie doktryny, utrzymując jednocześnie, że są one nauczane przez Kościół katolicki (lub przynajmniej publicznie głoszone przez widzialnych członków Kościoła katolickiego). To tworzy chimerę: Kościół, który jednocześnie naucza i nie naucza wiary katolickiej, którego widzialni członkowie są zarówno katolikami, jak i niekatolikami, którego władze utraciły wszelkie prawo do decydowania w kwestiach moralnych i doktrynalnych, a mimo to zachowują władzę, by zapewnić Kościółowi jego głowę. Zanim jeszcze szczegółowo przeanalizujemy argumenty prawne przemawiające za tym (które mimo wszystko uważamy za fałszywe), możemy dostrzec, że prowadzi to do absurdu i przeczy samej tożsamości Kościoła, zgodnie z jego cechami.
Jednakże wniosek takich tradycjonalistów, że musi to być Kościół katolicki, nie jest doktrynalny, lecz prawny. Doktrynalnie mają już wszystko, czego potrzeba, by uznać Novus Ordo za nową religię i nowy Kościół. Jedynym powodem, dla którego wstrzymują się z tym wnioskiem, jest przekonanie, że prawo tego zabrania (podczas gdy w rzeczywistości prawo po prostu nie nakazuje tego wprost). Gdyby żywy duch zdołał przełamać martwą literę, moglibyśmy przynajmniej wszyscy dojść do jasnej diagnozy problemu i uznać, że mamy do czynienia z Kościołem niekatolickim, a zatem słusznie powiedzieć „Sede Vacante”; nie ma Papieża zasiadającego na Stolicy Apostolskiej (w jakimkolwiek sensie).
Jednak „Sede Vacante” to tylko diagnoza, a nie rozwiązanie. Nasze podejście do rozwiązania to drugi punkt, w którym widzimy, że litera prawa przeczy duchowi.
b. Znalezienie właściwego rozwiązania:
„Rozwiązanie” obecnych kryzysów może nie oznaczać całkowitego przywrócenia obecności i władzy Kościoła sprzed 1950 roku, ale przynajmniej pierwszym krokiem w rozwiązaniu kryzysu byłoby rozwiązanie problemu Sede Vacante – przywrócenie prawowitego, katolickiego Papieża. Jednak w obliczu tej potrzeby niektórzy nalegają na prawo w taki sposób, że dochodzimy do impasu: albo Kościół jest sparaliżowany, albo wybór jest po prostu niemożliwy.
Pierwszy problem wynika z argumentu, że rozwiązanie musi pochodzić od hierarchii Novus Ordo. Niektórzy mogą argumentować, że mamy prawowitego papieża, któremu mimo to należy się sprzeciwiać, co przeczy duchowi autorytetu i jedności Kościoła. Inni mogą argumentować, że władza wyboru nowego papieża spoczywa wyłącznie w rękach „duchowieństwa” lub „kardynałów” tej organizacji, pomimo faktu, że zbiorowo i publicznie wyznają oni wiarę niekatolicką (i udzielają wątpliwych sakramentów, w tym święceń kapłańskich i biskupich). W rezultacie musielibyśmy dojść do wniosku, że Kościół znajduje się w stanie paraliżu. Pozostali widoczni członkowie, którzy nadal wyznają wiarę katolicką, nie mogą w żaden sposób wpłynąć na zapewnienie Kościołowi głowy. Zamiast tego muszą po prostu czekać, aż publiczni heretycy i apostaci nawrócą się na wiarę katolicką, a następnie zapewnić rozwiązanie. Do tego czasu Kościół (jako zbiorowość tych, którzy publicznie wyznają wiarę katolicką) jest bezsilny. Jednakże, jak powiedział Papież Leon XIII:
„[Kościół jest] społecznością ustanowioną z prawa boskiego, doskonałą w swej naturze i tytule, posiadającą w sobie i przez siebie, z woli i życzliwości swego Założyciela, wszelkie niezbędne środki do swego utrzymania i działalności.” [15]
Kościół istnieje, by służyć swojej misji; prawo istnieje tylko po to, ażeby Kościołowi pomagać, a nie przeszkadzać. Zgodnie z naszą wiarą, ażeby Kościół mógł wypełniać swoją misję do końca czasów, nic nie może go paraliżować, pozbawiać mocy ani blokować na czas nieokreślony.
Niektórzy twierdzą, że nie jest sparaliżowany na zawsze, ponieważ moc wypełniania Jego misji może nadal być w rękach tych, którzy wyznają wiarę niekatolicką. Tu dochodzimy do kolejnego absurdu: że nadzieja katolików tkwi w niekatolikach, a władza Kościoła spoczywa na barkach heretyków (a nawet wśród jego największych wrogów); że ci, którzy są widocznie poza Kościołem, sprawują w nim niektóre z najważniejszych uprawnień. Musielibyśmy zaprzeczyć, przynajmniej w sposób domyślny, temu, czego Kościół zawsze nauczał: że ci, którzy publicznie zaprzeczają jego doktrynom, mają być postrzegani jako odrębni od niego pod każdym względem, moralnym i prawnym. Podczas gdy wewnętrzna relacja między każdą duszą a Kościołem zachodzi między nią a Bogiem, Kościół zawsze jasno i kategorycznie wyrażał się na temat widocznej relacji między swoimi członkami. Tak więc upieranie się przy tym wniosku zgodnie z literą prawa zaprzecza duchowi prawa, gdyż pozostawia Kościół bezsilnym, i nie tylko to, ale zaprzecza samemu duchowi tożsamości Kościoła, gdyż składa rozwiązanie kryzysu w ręce tych, którzy znajdują się poza jego widzialną jednością.
Drugim sposobem, w jaki litera prawa tworzy potrzask, jest doprowadzenie do wniosku, że rozwiązanie jest niemożliwe. Ponownie, niektórzy powołują się na rozbudowane i szczegółowe argumenty prawne dotyczące jurysdykcji i autorytetu, aby dojść do wniosku, że teraz nie może istnieć żadna władza ani jurysdykcja, a Kościół musi teraz być definitywnie pozbawiony głowy ani środków, które by ją zapewniły, aż do Drugiego Przyjścia Chrystusa. Uważamy te argumenty za fałszywe, ale zanim jeszcze zostaną omówione, widzimy, że litera prawa próbuje tu stanąć przed duchem, ponieważ zgodnie z wiarą wiemy, że Kościół będzie miał papiestwo i przynajmniej środki, które zapewnią mu głowę aż do Drugiego Przyjścia. Argumentowanie inaczej oznacza utratę lasu dla drzew i stworzenie dalszego stanu paraliżu, a nawet rozpaczy.
Jeśli najbardziej złożone równanie matematyczne prowadzi do wniosku, że 2+2=5, wiemy, że równanie jest błędne, zanim jeszcze zbadamy każdą przyczynę i działanie. Podobnie, jeśli najbardziej wyrafinowane i złożone argumenty prowadzą do impasu, paraliżu lub po prostu niemożnośći, wiemy, że są fałszywe.
Dlatego nasza krótka i prosta odpowiedź na obecne wyzwanie brzmi: niezależnie od tego, jakie będzie rozwiązanie, musimy mieć pewność wiary, że ono istnieje i musi być w rękach pozostałych wiernych. To wszystkie podstawy, których potrzebujemy, aby wezwać Kościół do dyskusji nad rozwiązaniem.
Zakończmy słowami św. Tomasza z Akwinu:
„Dlatego, jeśli zaistnieje sytuacja, w której przestrzeganie tego prawa byłoby szkodliwe dla dobra ogółu, nie powinno być ono przestrzegane. Na przykład, załóżmy, że w oblężonym mieście obowiązuje prawo, że bramy miasta mają być zamknięte, jest to zasadniczo korzystne dla dobra ogółu. Gdyby jednak zdarzyło się, że wróg ścigałby pewnych obywateli, którzy są obrońcami miasta, byłoby wielką stratą dla miasta, gdyby bramy nie zostały przed nimi otwarte: i tak w takim przypadku bramy powinny zostać otwarte, wbrew literze prawa, w celu utrzymania dobra wspólnego, które prawodawca miał na myśli.
Niemniej jednak należy zauważyć, że jeśli przestrzeganie prawa zgodnie z literą prawa nie wiąże się z nagłym ryzykiem wymagającym natychmiastowego środka zaradczego, nie każdy jest uprawniony do wyjaśniania, co jest pożyteczne, a co nie dla państwa: mogą to uczynić tylko ci, którzy sprawują władzę i którzy, ze względu na takie przypadki, mają prawo do udzielania dyspensy od przestrzegania prawa. Jeśli jednak niebezpieczeństwo jest na tyle nagłe, że nie pozwala na opóźnienie wynikające z odwołania się do władzy, sama konieczność niesie ze sobą dyspensę, ponieważ konieczność nie zna prawa.” [16]
Pozostawiamy protestantom i faryzeuszom, by wpadli w pułapkę własnych sieci słów i legalistycznego myślenia. Nasza wiara jest racjonalna i żywa, kierowana przez samego Ducha Prawdy, z naszym Panem Jezusem Chrystusem jako naszym Wiecznym Duchowym Przywódcą, który będzie z nami aż do końca czasów. Zatem nie jest to duch martwy, lecz duch żywy i walczący. Katolicy mogą, a wręcz powinni, działać w takich czasach, aby walczyć o Kościół i pomóc w przywróceniu jego głowy, abyśmy mogli służyć naszemu Panu dla zbawienia dusz.
[1] Św. Augustyn, O duchu i literze, rozdział 6
[2] Św. Tomasz z Akwinu, Summa Theologica, 2,2 Q.120, A.2
[3] Tamże.
[4] Św. Tomasz z Akwinu, Summa Theologica, 2,2 Q.60, A.5
[5] Św. Tomasz z Akwinu, Summa Theologica, 1,2 Q.96, A.6
[6] Bernard Roland-Gosselin (profesor Institut Catholique w Paryżu), La Doctrine Politique de Saint Thomas D’Aquin. 1928, s. 12
[7] Tamże, s. 112
[8] Tamże, s. 17
[9] Kodeks Prawa Kanonicznego, wydanie z 1917 roku.
[10] Tamże.
[11] O. Charles Augustine, A Commentary on the New Code of Canon Law (Tom 1), 1931, s. 96-97 (odróżnienie dodane)
[12] Tamże, s. 100–101
[13] Catholic Encyclopedia, pod hasłem „Sect and Sects”, wydanie z 1913 roku.
[14] Papież Leon XIII, Satis Cognitum, 1896 r.
[15] Papież Leon XIII, Immortale Dei, 1885 r.
[16] Św. Tomasz z Akwinu, Summa Theologica, 1,2 Q.96, A.6 (pogrubienie dodane)